sobota, 18 maja 2013

Rozdział 8

Mama przeszła przeszczep. Najbliższe tygodnie miały być tymi decydującymi o tym, czy będzie żyć normalnie. I czy w ogóle będzie żyć. Ja również rozpoczęłam leczenie, z tym, że trzeba było je zmienić. Miałam mocne mdłości i parę razy zdarzyły się wymioty. Pomyślałam o tym, że mój żołądek opornie reaguje na składniki leków, ale gdy spojrzałam na kalendarz... Cholera, tylko nie to! To nie była odpowiednia pora. Prawdopodobnie jestem w ciąży, a tymczasem w moim życiu tak bardzo wiele się zmieniło. Od razu ubrałam się i pospiesznie udałam się do apteki po testy...
Potem potwierdziły moje przypuszczenia. Każdy z pięciu testów był pozytywny. Zamiast się cieszyć, zbladłam i byłam przestraszona. Co dalej będzie? Musiałam podzielić się z kimś tą wieścią. Nie, nie z Jochenem. Chciałam mu to powiedzieć tak uroczyście, nie w jakimś amoku. Szymonowi chciałam to powiedzieć podczas spotkania z tatą za dwa dni. Jedyną osobą pozostawałeś Ty. Szybko wybrałam Twój numer. Trening już się kończył, a mojego partnera poprosiłam o zrobienie zakupów.
- Co się stało? - cały Ty, wiedziałeś, że jak do Ciebie dzwonię, to zawsze coś się dzieje.
- Nie będę owijać w bawełnę. Jestem w ciąży - nawet nie zauważyłam, jak zaczęłam buczeć do słuchawki.
- Karolka, nawet nie wiesz jak się cieszę. A Jochen to już oszaleje. I nie płacz, wszystko będzie dobrze, poradzimy sobie! Ale obiecaj, że będę chrzestnym - zaśmiałeś się.
- To nie jest śmieszne, w życiu mam rozpierdziel, a tu dziecko - mruknęłam - Przyjedź jak najszybciej.
Ty jednak, znany w moich oczach również jako "pędząca strzała" przyjechałeś jak zwykle dopiero po piętnastu minutach. Tłumaczyłeś to korkami, jednak mniejsza z tym. Prawdopodobnie moje życie, zamiast o 180, przewróci się o 360 stopni.
- Mała, nie płacz - przytuliłeś mnie do siebie. Opowiedziałam Ci o wszystkim. Rozumiałeś moje obawy, jednak uwierzyłeś, jak zawsze, w moje siły. Byłam Ci za to dozgonnie wdzięczna. Rozmowa trwała chwilę, gdyż słychać było otwierane drzwi. Domyślaliśmy się, że to Jochen.
- To ja może już pójdę? - zapytałeś, jednocześnie przyjaźnie żegnając się z moim niemieckim partnerem. Z uśmiechem na twarzy zamknąłeś drzwi.
- Muszę Ci coś powiedzieć - powiedziałam tajemniczo do swojego ukochanego.
On tylko kiwnął głową na znak, że słucha. Powiedziałam mu o swoich wnioskach i o tym, co się działo. A on co? On oszalał z radości. Zaczął mówić, jak bardzo mnie kocha. Jak bardzo nas kocha. Był jak takie szybkie wrzecionko. Wiedział, że już zaczyna tworzyć rodzinę.
A ty cwaniaku stałeś pod drzwiami i czekałeś na jego reakcję. Tak, miałeś rację. I gdyby nie Ty, to nie zebrałabym się w sobie. To między innymi dlatego jesteś dla mnie jak brat.
Nagle zadzwonił mój telefon. Doktor Radomski. Oczekiwałam informacji, że z mamą jest już dobrze. Bardzo mocno się pomyliłam. Śmiertelnie.
- Pani Zarecka? - głupie pytanie.
Mimo mojej opinii na temat tego żenującego pytania odpowiedziałam twierdząco.
- Stan pani mamy niespodziewanie się pogorszył. Podejrzewamy sepsę. Mogłaby pani przyjechać? - kontynuował doktor.
Niewiele myśląc wzięłam zszokowanego Jochena, zadzwoniłam po Ciebie i pojechaliśmy do szpitala.
_______________________________________________________________________________
Przepraszam, że dopiero teraz, ale mam obowiązków po brzegi. ;) Zmieni się, obiecuję! ;>

sobota, 4 maja 2013

Rozdział 7

W szpitalu leżałam przez równy tydzień. Okazało się, że nowotwór jest we wczesnym stadium i jest spora szansa, że uda się wyleczyć go w pełni. Jeżeli chodzi o mamę to za dobrze nie było. Potrzebny był przeszczep szpiku. Ty i Jochen robiliście wszystko, byśmy wróciły do zdrowia. Poprosiliście chłopaków o to, by zrobili badania. Okazało się, że jeden siatkarz może oddać szpik, z czego i tak się cieszyłam, gdyż moja mama miała rzadką grupę krwi. Niesamowicie się zdziwiłam, gdy zobaczyłam Szymka Pałkę z Młodej Resovii. Jego spodziewałam się najmniej. Ponadto okazało się, że ma geny mamy, co mnie niesamowicie zastanawiało. Może to ktoś z mojej rodziny?
- Szymon! - krzyknęłam do niego. Ten podbiegł do mnie.
- Coś się stało? - zapytał.
- Dziękuję za to, że zgodziłeś się oddać szpik. To wiele dla mnie znaczy - powiedziałam, spuszczając wzrok.
- Nie dziękuj, dla mnie też to wiele znaczy. To ludzka powinność podać drugiej osobie pomocną dłoń - zawsze wiedziałam, że to wrażliwy chłopak - Mam do Ciebie sprawę. Prywatną, dotyczącą nas obojga. Czy moglibyśmy porozmawiać po treningu? No i... najlepiej u Ciebie w mieszkaniu - zapytał nieśmiało. Widziałam w jego oczach, że to sprawa niecierpiąca zwłoki.
- No dobrze, to po treningu będę czekać - uśmiechnęłam się, by dodać mu otuchy.
- Dziękuję - jego speszone kąciki ust lekko się podniosły do góry. Była już prawie piętnasta, więc zwiał na trening.
- Co się dzieje? - nagle objął mnie Jochen.
- A ty nie na trening? A Rafał chociaż pojechał? - zapytałam o Ciebie.
- Trener dał mi wolne, a Buszu jest na treningu - dobrze, że chociaż Ty pojechałeś na trening. Swoją drogą, Kowal ma gest.
- To dobrze. Wiesz, po treningu będzie u nas Szymek Pałka. Ma do mnie jakąś sprawę, zastanawiam się o co chodzi - odrzekłam.
- Może problemy miłosne? - zaśmiał się mój partner.
- Nie, on jest w szczęśliwym związku z jakąś Leną ze swojej szkoły. Poza tym, powiedział, że chodzi tylko o nas oboje - wyjaśniłam.
- Przekonamy się po treningu, jak przyjdzie. Jedźmy już - pociągnął mnie za rękę w kierunku wyjścia ze szpitala.

Około siedemnastej w naszych skromnych progach zagościł młody przyjmujący razem z Tobą. Trzymał w ręku jakiś album ze zdjęciami. W jego spojrzeniu było widać strach, a ty usilnie gestami próbowałeś go zmotywować do działania.
- Usiądź - wskazałam na kanapę.
- Dziękuję - uśmiechnął się nikle.
- To co chciałeś mi powiedzieć? - zapytałam?
- Bo... ty jesteś moją siostrą - wydusił z siebie... mój brat.
- Jak to? - moje oczy były wielkości pięciozłotówek, Wasze zresztą również.
- Twoja mama jest i moją, a mój ojciec także i Twoim. Także ten idiota, który chciał zabić mamę, nie jest twoim biologicznym ojcem - próbował to wytłumaczyć Szymon jak najprościej.
- Całe życie Ci się rozwaliło - przytuliłam go do siebie. Szkoda mi go było. Ma dopiero dziewiętnaście lat, a już musi stawiać czoła tak "dorosłym" problemom. Mi było już wszystko jedno.
Ze łzami w oczach otworzył album. Zobaczyłam w nim zdjęcie dwójki dzieci.
- To nasze jedyne wspólne zdjęcie - miałam na nim chyba sześć lat, Szymek był malutki.
- Pamiętam to spotkanie. Mama mi wtedy ściemniała, że Twoi rodzice to jacyś jej przyjaciele - wspomniałam.
- Wtedy tata mnie zabrał od naszej mamy - powiedział Szymon, co mnie zdziwiło. Gdyby nie to, wychowywalibyśmy się razem. Ale w zasadzie to dobrze, że wychowywał go nasz przybrany ojciec. Czułam  jednak ulgę, mówiąc o nim "przybrany". Że ten przestępca nie jest moim biologicznym tatą, że nie jestem córką bandyty. A dla mnie znaczyło to dużo. I odzyskałam brata, którego mi tak bardzo brakowało, którego miałam ochotę przytulić i nie wypuścić, bojąc się, że to był tylko sen.
- Może wyda Ci się to absurdalne, ale dobrze, że z nami nie mieszkałeś. W domu było pełno agresji - powiedziałam nieśmiało.
- On Was bił? - zapytał mój brat.
Kiwnęłam twierdząco głową.
- Teraz nigdy na to nie pozwolę - szepnął mi do ucha i przytulił mnie mocno.
Dzięki Tobie i Twojemu darowi przekonywania został u nas na noc. A ta noc była pełna rozmów o tym co było, i o tym co będzie. Ponadto już na następnym treningu miałam poznać swojego ojca.
_________________________________________________________________________________
A tego to się nikt nie spodziewał. :D Jakoś mi tak to przyszło do głowy i jest.
Szkoda, że wszystko co dobre, kiedyś się kończy - czyli "majowe wolne" ;< ;) Pocieszam się, że jeszcze tylko maj i czerwiec i będę mieć święty spokój. ;)

wtorek, 23 kwietnia 2013

Rozdział 6

Mama leżała podłączona pod jakieś kabelki i była nieprzytomna. Obgryzałam pusty kubek po kawie, który był już mocno zmasakrowany. Czekaliśmy na lekarza i zupełnie nie wiedzieliśmy, co dalej.
- Pani Karolina Zarecka? - zapytał lekarz.
- Tak. Wiedzą państwo, co z moją mamą? - zapytałam pospiesznie.
- Wiemy, zapraszam do gabinetu - powiedział z powagą specjalista.
- Mogą ze mną wejść Ci panowie? - zapytałam i wskazałam na Was.
- A kim dla Pani są? - wypytywał doktor.
- Brat i partner - odpowiedziałam szybko.
Lekarz kiwnął twierdząco głową i zaprosił do środka. Usiedliśmy na krzesłach.
- Kości pańskiej mamy są już słabe. Jeżeli nie przejdzie przeszczepu szpiku kostnego, to szybko umrze - wyjaśnił krótko.
- Myślałam, że szpik przeszczepia się tylko przy białaczce, ale mniejsza z tym - mruknęłam.
- Pańska mama również traci szpik podczas choroby - powiedział lekarz.
- Czy będę mogła go oddać? - zapytałam.
- I my? - powiedzieliście równocześnie. W tym momencie po raz kolejny cieszyłam się, że Was mam. I uświadomiłam sobie, że strasznie mi na Was zależy i to, że moje życie byłoby bezsensem, gdyby nie Wy.
- Przebadamy państwa. Może dziś? Czas jest tu bardzo ważny - zaproponował lekarz.
- Tak - odpowiedziałeś zdecydowanie.
Trzeba było przełamać swój strach przed igłami (nie, nie chodzi o tego Igłę, który boi się bardziej mnie, niż ja jego i jest kochany), który był taki jak Twój przed wężami.. Pobrali nam krew do badań. I znów zaczęło się to czekanie. Mama tymczasem wciąż spała i się nie budziła. Jej stan był ciężki.
- Mam już wyniki - z zamyślenia wyrwał nas lekarz.
- I jak? Może ktoś z nas oddać szpik? - zapytałeś.
- Niestety żadna osoba z państwa. U panów chodzi o układ genów, natomiast u pani względy zdrowotne - zamurowało mnie.
- Jak to względy zdrowotne? - zapytaliśmy z Jochenem w tym samym czasie.
- Zapraszam do gabinetu, dowiedzą się państwo więcej - lekarz już intuicyjnie zaprosił wszystkich, nie pytał mnie, czy chcę wejść z nimi. Wiedział, cholerka.
- Niech pani lepiej usiądzie - na początku powiedział doktor - Zauważyłem u pani coś dziwnego w krwi. Zbadaliśmy ją i mam złą wiadomość.
- No niech pan, do cholery, nie przedłuża - podniosłam głos.
- Niestety i u pani rozwijają się komórki rakowe. Z tym, że w krwi, więc to początek białaczki. Przypuszczam, że to na szczęście wczesne stadium. Prosiłbym, żeby pani została w szpitalu na obserwacji.
Rozpłakałam się. Nie zauważyłam u siebie żadnych objawów - no może prócz tego, że ostatnio byłam dość mocno osłabiona, przez co łapałam choroby. Zlekceważyłam to. Jeszcze do tego moja mama...
Ty złapałeś mnie za rękę i delikatnie wyprowadziłeś mnie z sali.
- Obiecaj mi coś - chwyciłeś moją twarz w dłonie.
- Co takiego? - w moich oczach kłębiły się łzy.
- Obiecaj mi, że będziesz walczyć. Że nas nie zostawisz. Mnie, Jochena, rodziny. Że dalej będziesz - im więcej słów, tym więcej łez Ci leciało.
- Nie mogę Ci wszystkiego obiecać. Ale będę walczyć. I przestań płakać, bo i ja zaczęłam - przytuliłam się do Ciebie i zaczęliśmy płakać wspólnie po raz kolejny.

Siedziałam u mamy. Patrzyłam na jej śpiącą, beznamiętną twarz.
- Wiesz mamo, ja chyba umrę - zaczęłam mówić - Nie wiem, czy potrafię walczyć. Nie wiem, czemu Bóg na nas to wszystko zesłał. Wciąż leczę serce z tego, co stało się tego feralnego dnia, a teraz przyszły nasze choroby. Mówią, że to wczesne stadium, ale nie umiem w to uwierzyć. Mam jednak wspaniałych przyjaciół i chłopaka. Są mi strasznie bliscy. Ja nie umiem bez nich żyć. Nie umiem też żyć bez Ciebie. Kocham Cię i wierzę, że wyzdrowiejesz - o dziwo, to już mówiłam z lekkim uśmiechem. Bo wiem, że mam dla kogo być. I  to dla nich muszę walczyć...
- Karolcia? - do sali wszedł Jochen.
- Co takiego? - spojrzałam na niego.
- Mam dla Ciebie prezent - w rękach trzymał jakieś czerwone pudełeczko. Otworzył je, a moim oczom ukazał się śliczny naszyjnik.
- Jeju, jaki śliczny - zachwycałam się nim.
- Kupiłem Ci go, ale nie zdążyłem dać. Chciałem w zeszłym roku na przeprosiny, ale... Dobra, nie wracajmy do tego. Kocham Cię i przepraszam - założył mi go.
- Też Cię kocham - szepnęłam.
_________________________________________________________________________________
Wiem, jestem zła - tak komplikować innym życie. :D Może jednak niedługo się poprawi, ale nie obiecuję, jeszcze parę zwrotów będzie. ;)
Niecierpliwie odliczam czas do przerwy majowej... :D Zamierzam założyć nowe opowiadanie i nie wiem, kogo obsadzić w roli głównej. Kogoś z Resoviaków bym prosiła. Może Alek? :)

piątek, 19 kwietnia 2013

Rozdział 5

Wróciłeś z randki nad ranem, co mnie trochę zdziwiło. Z tego co pamiętam zwykle wracałeś około północy. To świadczyło o tym, że z nią się dogadujesz i może w końcu znalazłeś kogoś, kto charakterem jest podobny do Ciebie.
Czułam, że Jochen mnie przytula do siebie. Mój płytki sen powodował, że słyszałam to, co dzieje się w mieszkaniu. Czułam również Twoje kroki. Poczochrałeś moje włosy i zwróciłeś się do Niego.
- Możemy porozmawiać? - zapytałeś go.
- Chodź do kuchni - odpowiedział mój nocny towarzysz.
Otworzyłam oczy i zaczęłam nasłuchiwać Waszą rozmowę.
- Kochasz ją? - zapytałeś Go prosto z mostu.
- Kocham, jak nikogo innego - odpowiedział szybko. Łza poleciała mi po policzku. Zrozumiałam wtedy, że nie kłamał. Nie zapomniał. I żałuje tego, co się stało.
- Wiesz... ja z jednej strony jestem za tym, byście byli razem, bo ciągnie was do siebie. Ale z drugiej strony skrzywdziłeś ją. Nawet nie wiesz, jak cierpiała. Nie chcę, by tak było ponownie, rozumiesz? - wyjaśniłem.
- Nie popełnię takiego błędu. Po tym zrozumiałem, że to osoba, z którą chcę być przez resztę życia. Ciężko mi było bez jej uśmiechniętej twarzy w momentach mojego zwątpienia we własne siły. Nie dała mi się poddać. To za wielki skarb dla mnie - powiedział Jochen. To co mówił wydawało się mi się szczerze... i ten charakterystyczny błysk w oczach. Miał taki zawsze, gdy mówił o czymś ważnym. Więc on mnie naprawdę kocha.
- Cieszę się, w takim razie będę Wam kibicował. Jest dla mnie jak siostra, więc jeżeli ją skrzywdzisz, będziesz miał ze mną do czynienia - ostrzegłeś go. Następnie poklepałeś go przyjacielsko po plecach.
- Jochen, przyjdziesz tu? - zapytałam cicho.
- Tak? - położył się obok mnie.
- Czy to co mówiłeś Rafałowi to prawda? Nie kłamałeś, no nie? - zapytałam z nadzieją.
- Nie, nie kłamałem. W takich kwestiach nigdy nie kłamię. Kocham Cię - powiedział i mocno mnie przytulił - A ty?
- Ja... ja też - rozkleiłam się. Przez to, że powiedziałam coś, co od dłuższego czasu we mnie siedziało.
- Wróć do mnie. Chcę znów mieć Ciebie blisko - cmoknął mnie w czoło.
- Tylko pomóż mi zapomnieć o przykrej przyszłości - odrzekłam wsłuchując się w jego rytmiczne bicie serca.
- Zrobię wszystko - musnął moje wargi.
- Uuuu, gołąbeczki. Wiedziałem, że nie wytrzymacie długo bez siebie - zacząłeś się śmiać.
- Bardzo śmieszne, braciszku - wyszczerzyłam się.
Nagle zadzwonił telefon. To co usłyszałam, przyprawiło mnie o palpitacje serca.
- Chłopaki, pojedziecie ze mną do szpitala? - zapytałam z niepokojem.
- Co się stało? - zawołaliście równocześnie.
- Stan mojej mamy gwałtownie się pogorszył. Rak kości postępuje, zabrali ją do szpitala. Ona nie może umrzeć, nie może! - załamałam się. Nie wyobrażałam sobie tego, że mogłoby nie być mojej mamy. Osoby, która była silniejsza psychicznie ode mnie. Ona potrafiła się podnieść po tym, co zrobił mój pseudo-ojciec. Ja do tej pory nie potrafiłam.
- Jedziemy! - zgodnie stwierdziliście. Ledwo podałam adres szpitala, w którym leżała.
Obwiniałam się za to wszystko. Nie dzwoniła, ale powinnam to zrobić ja. Moja mama bardzo cierpiała, a ja nic o tym nie wiedziałam. Czułam się jak wyrodna córka. Zrobiła dla mnie tak wiele - ja nie zrobiłam dla niej nic.
Próbowaliście mi wbić do głowy, że to nie moja wina, że taki los. Ale ja czułam, że mogłam wziąć sprawy we własne ręce. Zachowałam się jak mięczak.
Z ciężkim sercem patrzyłam również na Twoją bladą i przerażoną twarz. Była to Twoja "przyszywana" ciocia, którą kochałeś na równi z własną matką. Zawsze mówiłeś, że to jedna z ważniejszych osób w Twoim życiu. Jochen również był mocno zdenerwowany, ale chyba on jako jedyny tego bardzo otwarcie nie pokazywał.
- Cholera, co ta droga tak się dłuży - krzyknęłam pełna złości. Jochen wtedy odwrócił się i ścisnął moją dłoń, jakby na znak tego, że jest ze mną.
Po kilkunastu minutach dotarliśmy do szpitala. Szybko zapytaliśmy o salę, w której leżała moja mama.
Wpadliśmy tam jak rakiety.
- Panie doktorze, co się dzieje z moją mamą? - zapytałam.
- Niestety, kości są coraz słabsze. Przykro mi, ale prawdopodobnie zostało pani mamie od kilku dni do kilku tygodni życia - powiedział z przykrą miną lekarz.
Pamiętasz, zaczęliśmy wtedy równocześnie płakać.
_________________________________________________________________________________
Wiosna nadeszła "z przytupem" - z czego się cieszę. :D
Aż do szkoły nie chcę się chodzić.

wtorek, 2 kwietnia 2013

Rozdział 4

Następnego dnia wstałam z bolącym gardłem i gorącą głową - najprawdopodobniej miałam gorączkę. Ty już natomiast przyszedłeś z kubkiem gorącego Fervexu.
- Całą noc kaszlałaś, poza tym kiepsko wyglądasz. Chora jesteś - podsumowałeś mój stan zdrowia.
- E tam, dobrze się czuję - gorzko pożałowałam tych słów. Upadłam na poduszkę, nie mogąc się podnieść. Kości mnie mocno bolały.
- Właśnie widzę, jak dobrze się czujesz - mruknąłeś - Pij, a ja dzwonię do klubu, że dziś Cię nie będzie.
- Ej, ja idę do pracy... Au, moja głowa! - pożałowałam po raz kolejny.
- Pójdziesz, ale do lekarza - powiedziałeś zdecydowanie i nie dałeś mi nawet dojść do głosu.
- Tia, o ile się ruszę - mruknęłam z sarkazmem.
Poszedłeś do kuchni zadzwonić. Prawdopodobnie do dwóch osób. Nie pomyliłam się.
- Trener życzy ci szybkiego powrotu do zdrowia, a do lekarza pojedzie z tobą Jochen. Ma lekką kontuzję, więc i dużo czasu - wyszczerzyłeś się.
- Tak, lepiej być nie może - powiedziałam wtedy z ironią.
- Co, nie cieszysz się? Przynajmniej się z nim zobaczysz - powiedziałeś pakując rzeczy na trening.
- Widzisz, prawie skaczę z radości - mistrzyni sarkazmu to ja - Miło z jego strony, naprawdę, tylko mam wrażenie, że ty chcesz nas zeswatać - nie umiałam zachować powagi i zaśmiałam się.
- Czasem za dużo myślisz - uśmiechnąłeś się tajemniczo - Lecę na trening, pa. Tylko masz się grzać pod kołdrą i nie wychodzić poza obręb bloku - cmoknąłeś mnie w policzek.
Ledwie poszłam do łazienki ogarnąć się na wizytę. Perspektywa czekania kilka godzin pod gabinetem wcale mnie nie pocieszała. Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Był to Jochen.
- Szybki jesteś - powitałam go uśmiechem.
- Rafał nie kłamał. Rzeczywiście fatalnie wyglądasz - zaśmiał się Schops.
- Bardzo śmieszne - mruknęłam i dla żartu zrobiłam tzw. focha.
- Dla mnie i tak jesteś piękna - cmoknął mnie w czoło.
- Lizus - wytknęłam język - Poza tym nie przesadzaj z tymi czułościami, bo się ode mnie zarazisz.
- To co - wzruszył ramionami - Przynajmniej więcej czasu wolnego po wyleczeniu kontuzji.
- Ty masz grać, a nie - powiedziałam zakładając buty - Możemy wychodzić.
Starannie zamknęłam drzwi i poszliśmy do samochodu. Mimo, że był to październik, pogoda nie zachwycała.
- Brrr, straszna pogoda - powiedziałam.
- Właśnie dzięki niej teraz jesteś chora - odrzekł Jochen.
- Tak, a powinnam być teraz w pracy - mruknęłam.
- Objawy pracoholizmu - stwierdził Niemiec.
- Przestań, pracuję niespełna tydzień - zaczęłam się śmiać.
- Dobra, dobra, ja wiem swoje - powiedział.
Po jakiś piętnastu minutach dojechaliśmy do poradni. Nie czekaliśmy jakoś bardzo długo, bo pół godziny. Diagnoza zgadzała się z moimi przypuszczeniami - była to angina. Tydzień pracy mam z głowy.
- Głodna jestem. Pojedziemy do McDonalda? Mam ochotę na dużego hamburgera - zaczęłam.
- O nie, pojedziemy do baru sałatkowego. Potrzebujesz dużo witamin - uśmiechnął się Jochen.
- Grr, zabije Buszka, jak Bozię kocham, pewnie to on Cię na to namówił - wyraziłam swoje niezadowolenie, co jednak najwyraźniej Schopsa nie obchodziło. Ciebie również by to nie obchodziło.
- Obaj uważamy, że witaminy postawią Cię na nogi, więc bez gadania - pocałował mnie w policzek.
Po jakimś czasie siedziałam w samochodzie pałaszując sałatkę. Oprócz tego wstąpiliśmy do apteki z receptą na leki i zrobiliśmy zakupy. Po półtorej godziny byliśmy w domu.
- Zostaniesz? - zapytałam Niemca, sama nie wiem czemu.
- A chcesz? - Jochen spytał z nadzieją.
- Chcę - przybliżyłam się do niego.
Wtedy straciłam nad sobą panowanie. Moje usta zaczęły się niebezpiecznie zbliżać do jego. On, najwyraźniej ośmielony, zaczął je muskać. W tym momencie uświadomiłam sobie to, że ponownie się poddałam. I że robię tak cały czas. Wszystko posunęłoby się dalej, gdybyśmy nie usłyszeli dźwięku otwieranych drzwi . Oderwaliśmy się od siebie.
- Hej kochani! - byłeś podejrzanie wesoły.
- Co ty taki radosny? - zapytałam.
- Umówiłem się z nią. Z Olą! - krzyknąłeś radośnie. Pobiegłeś do łazienki z koszulą i dżinsami w ręku - Łazienkę zajmuję na pół godziny - to i tak mało, biorąc pod uwagę to, ile ja siedzę.
- Czyli mamy mieszkanie dla siebie? - zapytał z nadzieją Jochen.
- No mamy, mamy - westchnęłam i przytuliłam się do niego. Chyba się zdecydowałam. Wracam do tego, co było
________________________________________________________________________________
Matmo, zgiń! Cztery jedynki i weź to wszystko popraw. Ale okej, trzeba do wszystkiego podejść ze spokojem. ;) Tylko dziwne jest to, że z innych przedmiotów jest dobrze, tylko matma kuleje.

czwartek, 21 marca 2013

Rozdział 3

W końcu zajęliśmy miejsce przy stoliku.
- Chcecie coś państwo zamówić - kelnerka podała nam karty.
- Ja na razie sok pomarańczowy - odrzekłam.
- Ja małe cappucino - dodał Jochen.
Zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Mogłam się domyśleć, że to o to będzie chodzić.
- Karolinka, czy mamy jakieś... no wiesz, szanse? - zapytał.
I w tym momencie coś się we mnie zatrzymało. To, co miałam mu powiedzieć, przestało mieć znaczenie. Nie miałam serca mu tego powiedzieć. Moje serce go dalej... kochało? Rozum nie potrafił wybaczyć jego zdrady z byłą koleżanką. A ja, przyznaję, znacznie częściej korzystam z rozumu w kwestiach miłości. Teraz poczułam, że nadszedł czas, by w końcu serce miało pole do popisu. Nie byłam jednak na to gotowa akurat w tym momencie.
- Jochen... ja, ja muszę się zastanowić. W moim życiu aktualnie panuje totalny rozpierdziel, ciężko mi jest zaaklimatyzować tu na nowo. Rafał zaskoczył mnie tym wyjazdem. To, że w ogóle tak szybko dostałam pracę w klubie to cud. Poza tym... Ja nie zapomnę o tym, co wydarzyło się z Kaśką, zawsze to będzie gdzieś siedziało. Zrozum, mi jest ciężko - w moim oku rozbłysła jedna łza.
- Widzę, że to wszystko Cię przytłacza. Pomogę Ci, jeśli tylko będziesz tego potrzebować. Nie zostawię Cię, daj sobie pomóc. A tego, co zrobiłem, będę żałował do końca życia. Tak bardzo chcę być blisko Ciebie. Wiem jednak, że wszystko spieprzyłem - po chwili znalazłam się w jego ramionach.
I wtedy zrozumiałam, że go nie wymażę i nie powiem mu, żeby dał mi spokój. Nie, nie chodzi o miłość. Mimo, że gdzieś się tli.
Poszliśmy do samochodu. Było zimno, więc On nieustannie mnie obejmował. Krępowało mnie to, zwłaszcza, że jeszcze rok temu mimo jego usilnych prób podczas meczów z Effectorem nie odzywałam się do niego. Spokorniałam? Nie wiem.
Przez pierwsze pięć minut jazdy milczeliśmy i tylko zerkaliśmy na siebie. To była piękna cisza. Bezpieczna, nie oznaczająca nic złego. Później zaczęliśmy rozmawiać o tym, co działo się przez te ponad dwa lata, podczas których się nie widzieliśmy. Swoją drogą, dobry detoks. Szczera rozmowa przydała nam się.
Nawet się nie spostrzegliśmy, kiedy byliśmy już na miejscu.
- Do jutra - szepnął Jochen i musnął moje wargi z zaskoczenia. Nie opierałam mu się.
- Do jutra - na moich ustach rozbłysł uśmiech i poszłam w kierunku drzwi bloku.
Czekało mnie jeszcze pokonanie schodów, co zrobiłam szybko i od razu skierowałam się ku drzwiom. Weszłam do mieszkania. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam Ciebie siedzącego przed telewizorem.
- A ty jeszcze nie na randce? - zapytałam.
- Nie wyszła. W ogóle się nie rozumiemy - przyznałeś smutno.
I wtedy pomyślałam o tym, że mógłbyś się umówić z Olą, która pracuje razem ze mną jako fizjoterapeutka. Dziewczyna charakterem jest taka sama jak Ty.
- A Tobie jak minęła randka? - uśmiechnąłeś się.
- Po pierwsze: nie randka, po drugie: nie wiem, bo nie powiedziałam tego, co miałam powiedzieć. A po trzecie: rozważ spotkanie z fizjoterapeutką Olą - zaśmiałam się.
Zaczerwieniłeś się. Zdarza Ci się to raz na bardzo długi czas. Wtedy już czułam, że Olka siedzi w Twoim sercu.
Moje przypuszczenia potwierdziłeś podczas naszej nocnej rozmowy. Nie od razu - na początku kręciłeś, że  czujesz do niej sympatię taką typowo przyjacielską. Jednak później się poddałeś i wyszło na to, że spotkaniem z Igą chciałeś zabić czas. Powiedziałeś, że powinnam walczyć o Jochena, bo widzisz, że go kocham. Nie umiałam. Zadra o imieniu Katarzyna w części została.
______________________________________________________________________________
Nie za bardzo przesłodzony?
Dopiero angina przerwała moje szkolne katusze. ;)

poniedziałek, 18 marca 2013

Rozdział 2

- Karolino, słyszałem, że nie jesteś fizjoterapeutką w Kielcach - zaczął trener Kowal.
- No jak mam być, skoro przeprowadziłam się tutaj - zaśmiałam się. Ty patrzyłeś z politowaniem na trenera.
- No tak - nieco się speszył - Czy chciałabyś może być tutaj drugą fizjoterapeutką? Druga fizjoterapeutka jest nam potrzebna, by być w gotowości w razie jakiś kontuzji czy przeciążeń - cały trener! Wszystko dokładnie mi wytłumaczył.
Spojrzałam na Ciebie, a Ty tylko kiwnąłeś twierdząco głową.
- Tak, bardzo chętnie - uśmiechnęłam się.
- Więc zapraszam do prezesa, by załatwić wszystkie formalności - wyszczerzył się trener Kowal i zaprowadził mnie do gabinetu prezesa Panka. A tam już poszło z górki i byłam już oficjalnie fizjoterapeutką Asseco Resovii Rzeszów.
Do domu wróciliśmy w doskonałych humorach. W końcu zaczęłam się zadomawiać się od nowa w Rzeszowie. Była jednak jedna przeszkoda. On. Sprawił, że nigdy o nim nie zapomnę.
- Gdzie idziesz? - zdziwiłam się widząc Ciebie szykującego się.
- Na randkę - uśmiechnąłeś się.
- Czemu nic o tym nie wiem?
- Bo dopiero dzisiaj udało mi się to potwierdzić.
- A z kim idziesz? - pytałam bez wytchnienia.
- Z taką Igą - uśmiechnąłeś się.
- Z tą panią statystyk? - zaczęłam się śmiać.
- Dokładnie. A ty też gdzieś chyba wychodzisz - spojrzałeś na mnie.
- Przejrzałeś mnie. Wychodzę z Jochenem. Chcę mu raz na zawsze powiedzieć, że nie ma szans, byśmy byli razem - powiedziałam.
- Jesteś pewna, że tego chcesz? Chcesz go wymazać z życia? Przecież widzę, że nadal coś do niego czujesz - zapytałeś.
- Nie wiem. Ale chcę się w końcu uwolnić - odrzekłam.
- Trzymaj się i uważaj. Ja wychodzę - przytuliłeś mnie lekko - Pa i miłej randki.
- Pa i powodzenia. I to nie jest żadna randka - krzyknęłam na odchodne.
Poszłam do łazienki doprowadzić się do porządku. Strój wybrałam już wcześniej, także bez stresu mogłam się szykować. Założyłam na nogi baleriny, wzięłam moją torebkę i otworzyłam drzwi. Jakie było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam... Jochena.
- Pomyślałem, że po Panią przyjadę - powiedział elegancko.
- Hmm. No dobrze, panie Schops, pojadę z Panem - podałam mu rękę i poszliśmy do samochodu.
Włączył radio i zaczął śpiewać piosenki, nawet te polskie. Zawsze mnie to u niego śmieszyło.
- "A wszystko to, bo Ciebie kocham" - śpiewał łamaną, ale uroczą polszczyzną.
- Ty dalej nie umiesz śpiewać - dusiłam się ze śmiechu.
- A chcesz mnie nauczyć - dojechaliśmy do restauracji. Zadając to pytanie, zbliżył swoją twarz na niebezpieczną, bliską odległość ode mnie.
- Tobie nawet Zapendowska nie pomoże - cmoknęłam go przelotnie w policzek i wyszliśmy z samochodu.
On spojrzał na mnie z tym swoim uśmiechem. A ja ulegałam. Stop, Zarecka, opanuj się. Przecież on Cię skrzywdził.
_________________________________________________________________________________
Gimbaza to jednak straszna rzecz. :D
Do tego wiecznie przeziębiona. ;(
Dziękuję Bogu za taką rzecz, jaką są rekolekcje. :D chociaż w takie dni cały czas szkolny kończy się o 12. xD

wtorek, 12 marca 2013

Rozdział 1

Poznaliśmy się z Jochenem na imprezie po Memoriale Strzelczyka w 2012 roku. Wtedy on został MVP, a dla Ciebie był to bardzo udany turniej. Już chyba wtedy coś między nami iskrzyło.
"- Auć! - krzyknęłam. Ktoś mnie podciął
- Przepraszam. Nic Ci nie jest? - odezwał się ktoś po niemiecku.
- Nie. Chyba - masowałam obolałą kostkę - Ty jesteś Jochen Schops? Gratuluję nagrody MVP.
- No tak, to ja - uśmiechnął się - A ty jesteś dziewczyną naszego Rafała?
- Nie - zaśmiałam się - Bardzo dobrą przyjaciółką. Znamy się od dzieciństwa,więc...
- Aha, to tak. Pomogę Ci wstać - skierował rękę w moją stronę. Wyraźnie się pobudził.
Po chwili wstałam, a on rozmasował moją kostkę.
- Dziękuję. Już mnie nie boli - uśmiechnęłam się dziękczynnie.
- To zatańczymy? - już po chwili znalazłam się w jego silnych ramionach i zaczęliśmy poruszać się w rytm muzyki."
Po chwili ty tak chamsko przerwałeś moje rozmyślania.
- O czym myślisz? - zapytałeś.
- Właściwie to o kim... O... o Jochenie - wydusiłam z siebie.
- Matko. Karolcia, po dwóch latach dalej Cię to męczy? - zapytałeś z niepokojem.
- Ciągle nie mogę o tym zapomnieć. Ale nie to, że ja... - przerwałeś mi.
- Ty go dalej kochasz - uśmiechnąłeś się.
- Nie wiem... Chyba tak - przytuliłam się do Ciebie.
- Wiesz... podjąłem już decyzję, gdzie będę grał - powiedziałeś tajemniczo.
- Zostajesz w Kielcach, prawda? - jejku, na co ja liczyłam.
- Wracam do Rzeszowa - odrzekłeś i spuściłeś głowę.
- Jak to? Chcesz, żeby było, jak wróciłeś z wypożyczenia? O pierwszy skład będzie ciężko. W Kielcach miałeś łatwiej, poza tym ten klub zaczął walczyć o najwyższe cele. Dlaczego? - nie ukrywam, zdziwiła mnie Twoja decyzja. Przecież w Kielcach niczego Ci nie brakowało.
- Mam dwadzieścia siedem lat i powinienem zacząć się zakotwiczać w stałym miejscu, założyć rodzinę. Nie mam osiemnastu lat i nie jest już tak samo. Muszę w końcu podjąć decyzję, gdzie będzie moje miejsce.
- Stary przecież nie jesteś - stwierdziłam.
- Trzydziestka zbliża się nieuchronnie - uśmiechnąłeś się - To co, wracasz ze mną? Do domu? - zapytałeś.
Ja miałam trudny orzech do zgryzienia. Z jednej strony... wracam z Tobą do domu, a z drugiej... On. Skrzywdził mnie i nie potrafię o tym tak po prostu zapomnieć.
- Wracam - podjęłam decyzję na gorąco. Kierunek dom.
Już trzy dni później byliśmy w Rzeszowie. Ty pożegnałeś się grzecznie z zarządem Effectoru. Trenerem Resovii dalej był pan Kowal. Zupełnie nic się nie zmienił. Ten sam spokój na twarzy. Skład też się nie zmienił. Odszedł tylko Bartman, a na jego miejsce przyszedł Dawid Konarski. Nawet się nie zdążyliśmy rozpakować, kiedy ty natychmiast zabrałeś mnie na halę, gdzie odbywał się trening. Nie powiem, bałam się reakcji Jochena.
- Cześć - krzyknęłam do siatkarzy, którzy natychmiast mnie rozpoznali i rzucili się na nas. Pamiętasz, później nas bolały karki. Jochen stał zaś jak wryty. Po tej chwili radości podszedł do mnie On i bez słowa mnie przytulił najmocniej, jak tylko potrafił.
- Tęskniłem, tak bardzo tęskniłem - szepnął mi wprost do ucha.
- Czemu pozwalam ci się tak przytulać? - zapytałam beznamiętnie i delikatnie odeszłam od niego.
- Przepraszam za wszystko - powiedział.
Nagle zawołał mnie trener Kowal.
- Muszę iść - odezwałam się.
- Jutro, 18:00, kawiarenka najbliżej Podpromia - powiedział On.
- Okej, będę - mój Boże, co ja robię. Przecież on mnie zdradził, nie powinnam mu tak ufać, postradałam zmysły.
Jochen tylko uśmiechnął się i kontynuował trening.
_____________________________________________________________________________
Rozdziały będą dość zwięzłe, bo to takie kartki z pamiętnika. Perspektywa Karoliny.
A czemu Jochen i Rafał? Bardzo lubię ich obu i są to moi ulubieni siatkarze. ;)

czwartek, 7 marca 2013

Prolog

Siedziałam przy stole, kończąc alkohol, który został po świętowaniu brązowego medalu. Effector wygrał ze Skrą w pięknym stylu i krążek był nasz. A ty? Święciłeś w Effectorze triumfy, szybko trafiłeś do kadry. Podziwiam Cię... dwa lata temu nie grałeś, odszedłeś z Resovii, powróciłeś na poniekąd stare śmieci, teraz okrzyknięty jednym z największych siatkarskich talentów. Ale ty myślałeś, by wrócić do Rzeszowa. Ciągnęło cię do Podgrodzia, Ropczyc. Do twoich miejsc. Do naszych miejsc, przyjacielu. Ale ja nie chciałam. Może przez niego - bo mu się spodobało w Rzeszowie. Przez tego cholernego Niemca. Przez tego idiotę Schopsa!
- Zareckaaaa! - zawołałeś - Aspirynyyy!
Spojrzałam na Ciebie z politowaniem. Nigdy się tak nie schlałeś - nie miałeś takiego kaca.
Jak na komendę wstała cała reszta. Nic, tylko się przeżegnać. Słychać było ich jęki, buczenia i inne dźwięki wydawane z ich jam ustnych. Powystrzelać to za mało...
Podałam tę aspirynę, a ty i cała drużyna pochłanialiście ją jak najlepszy deser. Śmiać mi się chciało, jak na Was patrzyłam.
- Perkoziaaaa, miski! Bo nam tu zaraz Staszewski padnie - rewelacji ciąg dalszy.
Wiesz, jak bardzo nie lubię, jak ktoś mnie nazywa Perkozią. Nie, nie to, że brzydkie, bo takie nie jest tylko... Tylko te wspomnienia z moim ojcem, obudziły się w momencie. Facet nim zwany dźgnął moją matkę. Później walka o jej życie. Wygrała ją, ojca wsadzili na piętnaście lat. I stałam się z Perkowskiej Zarecką. Karoliną Zarecką.
- Au, moja głowa - oj Buszek, Buszek, bracie ty mój, alkohol sieje w Twoim organizmie ogromne spustoszenie. Podobnie jak Jochenowi podczas jednej z imprez. Cholera, znowu wspominam moment, w którym się poznaliśmy. Kurczę, tak bardzo go nienawidzę, a zarazem tęsknię i kocham.
Usiadłam przy stole i zaczęłam wspominać. Tak, on nadal jest dla mnie kimś wyjątkowym
_____________________________________________________________________________
Napisane pod wpływem chwili. ;)