Następnego dnia wstałam z bolącym gardłem i gorącą głową - najprawdopodobniej miałam gorączkę. Ty już natomiast przyszedłeś z kubkiem gorącego Fervexu.
- Całą noc kaszlałaś, poza tym kiepsko wyglądasz. Chora jesteś - podsumowałeś mój stan zdrowia.
- E tam, dobrze się czuję - gorzko pożałowałam tych słów. Upadłam na poduszkę, nie mogąc się podnieść. Kości mnie mocno bolały.
- Właśnie widzę, jak dobrze się czujesz - mruknąłeś - Pij, a ja dzwonię do klubu, że dziś Cię nie będzie.
- Ej, ja idę do pracy... Au, moja głowa! - pożałowałam po raz kolejny.
- Pójdziesz, ale do lekarza - powiedziałeś zdecydowanie i nie dałeś mi nawet dojść do głosu.
- Tia, o ile się ruszę - mruknęłam z sarkazmem.
Poszedłeś do kuchni zadzwonić. Prawdopodobnie do dwóch osób. Nie pomyliłam się.
- Trener życzy ci szybkiego powrotu do zdrowia, a do lekarza pojedzie z tobą Jochen. Ma lekką kontuzję, więc i dużo czasu - wyszczerzyłeś się.
- Tak, lepiej być nie może - powiedziałam wtedy z ironią.
- Co, nie cieszysz się? Przynajmniej się z nim zobaczysz - powiedziałeś pakując rzeczy na trening.
- Widzisz, prawie skaczę z radości - mistrzyni sarkazmu to ja - Miło z jego strony, naprawdę, tylko mam wrażenie, że ty chcesz nas zeswatać - nie umiałam zachować powagi i zaśmiałam się.
- Czasem za dużo myślisz - uśmiechnąłeś się tajemniczo - Lecę na trening, pa. Tylko masz się grzać pod kołdrą i nie wychodzić poza obręb bloku - cmoknąłeś mnie w policzek.
Ledwie poszłam do łazienki ogarnąć się na wizytę. Perspektywa czekania kilka godzin pod gabinetem wcale mnie nie pocieszała. Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Był to Jochen.
- Szybki jesteś - powitałam go uśmiechem.
- Rafał nie kłamał. Rzeczywiście fatalnie wyglądasz - zaśmiał się Schops.
- Bardzo śmieszne - mruknęłam i dla żartu zrobiłam tzw. focha.
- Dla mnie i tak jesteś piękna - cmoknął mnie w czoło.
- Lizus - wytknęłam język - Poza tym nie przesadzaj z tymi czułościami, bo się ode mnie zarazisz.
- To co - wzruszył ramionami - Przynajmniej więcej czasu wolnego po wyleczeniu kontuzji.
- Ty masz grać, a nie - powiedziałam zakładając buty - Możemy wychodzić.
Starannie zamknęłam drzwi i poszliśmy do samochodu. Mimo, że był to październik, pogoda nie zachwycała.
- Brrr, straszna pogoda - powiedziałam.
- Właśnie dzięki niej teraz jesteś chora - odrzekł Jochen.
- Tak, a powinnam być teraz w pracy - mruknęłam.
- Objawy pracoholizmu - stwierdził Niemiec.
- Przestań, pracuję niespełna tydzień - zaczęłam się śmiać.
- Dobra, dobra, ja wiem swoje - powiedział.
Po jakiś piętnastu minutach dojechaliśmy do poradni. Nie czekaliśmy jakoś bardzo długo, bo pół godziny. Diagnoza zgadzała się z moimi przypuszczeniami - była to angina. Tydzień pracy mam z głowy.
- Głodna jestem. Pojedziemy do McDonalda? Mam ochotę na dużego hamburgera - zaczęłam.
- O nie, pojedziemy do baru sałatkowego. Potrzebujesz dużo witamin - uśmiechnął się Jochen.
- Grr, zabije Buszka, jak Bozię kocham, pewnie to on Cię na to namówił - wyraziłam swoje niezadowolenie, co jednak najwyraźniej Schopsa nie obchodziło. Ciebie również by to nie obchodziło.
- Obaj uważamy, że witaminy postawią Cię na nogi, więc bez gadania - pocałował mnie w policzek.
Po jakimś czasie siedziałam w samochodzie pałaszując sałatkę. Oprócz tego wstąpiliśmy do apteki z receptą na leki i zrobiliśmy zakupy. Po półtorej godziny byliśmy w domu.
- Zostaniesz? - zapytałam Niemca, sama nie wiem czemu.
- A chcesz? - Jochen spytał z nadzieją.
- Chcę - przybliżyłam się do niego.
Wtedy straciłam nad sobą panowanie. Moje usta zaczęły się niebezpiecznie zbliżać do jego. On, najwyraźniej ośmielony, zaczął je muskać. W tym momencie uświadomiłam sobie to, że ponownie się poddałam. I że robię tak cały czas. Wszystko posunęłoby się dalej, gdybyśmy nie usłyszeli dźwięku otwieranych drzwi . Oderwaliśmy się od siebie.
- Hej kochani! - byłeś podejrzanie wesoły.
- Co ty taki radosny? - zapytałam.
- Umówiłem się z nią. Z Olą! - krzyknąłeś radośnie. Pobiegłeś do łazienki z koszulą i dżinsami w ręku - Łazienkę zajmuję na pół godziny - to i tak mało, biorąc pod uwagę to, ile ja siedzę.
- Czyli mamy mieszkanie dla siebie? - zapytał z nadzieją Jochen.
- No mamy, mamy - westchnęłam i przytuliłam się do niego. Chyba się zdecydowałam. Wracam do tego, co było
________________________________________________________________________________
Matmo, zgiń! Cztery jedynki i weź to wszystko popraw. Ale okej, trzeba do wszystkiego podejść ze spokojem. ;) Tylko dziwne jest to, że z innych przedmiotów jest dobrze, tylko matma kuleje.
ups, przepraszam, ze tak pozno komentuje, bo przeczytalam jeszcze tego samego dnia co dodałaś. Choroba to niefajna rzecz;/ Ale widać bohaterka ma wspaniałe, niepowtarzalne lekarstwo o imieniu Jochen :D no i Buszkowi sie układa, oojojoj :D
OdpowiedzUsuń