wtorek, 23 kwietnia 2013

Rozdział 6

Mama leżała podłączona pod jakieś kabelki i była nieprzytomna. Obgryzałam pusty kubek po kawie, który był już mocno zmasakrowany. Czekaliśmy na lekarza i zupełnie nie wiedzieliśmy, co dalej.
- Pani Karolina Zarecka? - zapytał lekarz.
- Tak. Wiedzą państwo, co z moją mamą? - zapytałam pospiesznie.
- Wiemy, zapraszam do gabinetu - powiedział z powagą specjalista.
- Mogą ze mną wejść Ci panowie? - zapytałam i wskazałam na Was.
- A kim dla Pani są? - wypytywał doktor.
- Brat i partner - odpowiedziałam szybko.
Lekarz kiwnął twierdząco głową i zaprosił do środka. Usiedliśmy na krzesłach.
- Kości pańskiej mamy są już słabe. Jeżeli nie przejdzie przeszczepu szpiku kostnego, to szybko umrze - wyjaśnił krótko.
- Myślałam, że szpik przeszczepia się tylko przy białaczce, ale mniejsza z tym - mruknęłam.
- Pańska mama również traci szpik podczas choroby - powiedział lekarz.
- Czy będę mogła go oddać? - zapytałam.
- I my? - powiedzieliście równocześnie. W tym momencie po raz kolejny cieszyłam się, że Was mam. I uświadomiłam sobie, że strasznie mi na Was zależy i to, że moje życie byłoby bezsensem, gdyby nie Wy.
- Przebadamy państwa. Może dziś? Czas jest tu bardzo ważny - zaproponował lekarz.
- Tak - odpowiedziałeś zdecydowanie.
Trzeba było przełamać swój strach przed igłami (nie, nie chodzi o tego Igłę, który boi się bardziej mnie, niż ja jego i jest kochany), który był taki jak Twój przed wężami.. Pobrali nam krew do badań. I znów zaczęło się to czekanie. Mama tymczasem wciąż spała i się nie budziła. Jej stan był ciężki.
- Mam już wyniki - z zamyślenia wyrwał nas lekarz.
- I jak? Może ktoś z nas oddać szpik? - zapytałeś.
- Niestety żadna osoba z państwa. U panów chodzi o układ genów, natomiast u pani względy zdrowotne - zamurowało mnie.
- Jak to względy zdrowotne? - zapytaliśmy z Jochenem w tym samym czasie.
- Zapraszam do gabinetu, dowiedzą się państwo więcej - lekarz już intuicyjnie zaprosił wszystkich, nie pytał mnie, czy chcę wejść z nimi. Wiedział, cholerka.
- Niech pani lepiej usiądzie - na początku powiedział doktor - Zauważyłem u pani coś dziwnego w krwi. Zbadaliśmy ją i mam złą wiadomość.
- No niech pan, do cholery, nie przedłuża - podniosłam głos.
- Niestety i u pani rozwijają się komórki rakowe. Z tym, że w krwi, więc to początek białaczki. Przypuszczam, że to na szczęście wczesne stadium. Prosiłbym, żeby pani została w szpitalu na obserwacji.
Rozpłakałam się. Nie zauważyłam u siebie żadnych objawów - no może prócz tego, że ostatnio byłam dość mocno osłabiona, przez co łapałam choroby. Zlekceważyłam to. Jeszcze do tego moja mama...
Ty złapałeś mnie za rękę i delikatnie wyprowadziłeś mnie z sali.
- Obiecaj mi coś - chwyciłeś moją twarz w dłonie.
- Co takiego? - w moich oczach kłębiły się łzy.
- Obiecaj mi, że będziesz walczyć. Że nas nie zostawisz. Mnie, Jochena, rodziny. Że dalej będziesz - im więcej słów, tym więcej łez Ci leciało.
- Nie mogę Ci wszystkiego obiecać. Ale będę walczyć. I przestań płakać, bo i ja zaczęłam - przytuliłam się do Ciebie i zaczęliśmy płakać wspólnie po raz kolejny.

Siedziałam u mamy. Patrzyłam na jej śpiącą, beznamiętną twarz.
- Wiesz mamo, ja chyba umrę - zaczęłam mówić - Nie wiem, czy potrafię walczyć. Nie wiem, czemu Bóg na nas to wszystko zesłał. Wciąż leczę serce z tego, co stało się tego feralnego dnia, a teraz przyszły nasze choroby. Mówią, że to wczesne stadium, ale nie umiem w to uwierzyć. Mam jednak wspaniałych przyjaciół i chłopaka. Są mi strasznie bliscy. Ja nie umiem bez nich żyć. Nie umiem też żyć bez Ciebie. Kocham Cię i wierzę, że wyzdrowiejesz - o dziwo, to już mówiłam z lekkim uśmiechem. Bo wiem, że mam dla kogo być. I  to dla nich muszę walczyć...
- Karolcia? - do sali wszedł Jochen.
- Co takiego? - spojrzałam na niego.
- Mam dla Ciebie prezent - w rękach trzymał jakieś czerwone pudełeczko. Otworzył je, a moim oczom ukazał się śliczny naszyjnik.
- Jeju, jaki śliczny - zachwycałam się nim.
- Kupiłem Ci go, ale nie zdążyłem dać. Chciałem w zeszłym roku na przeprosiny, ale... Dobra, nie wracajmy do tego. Kocham Cię i przepraszam - założył mi go.
- Też Cię kocham - szepnęłam.
_________________________________________________________________________________
Wiem, jestem zła - tak komplikować innym życie. :D Może jednak niedługo się poprawi, ale nie obiecuję, jeszcze parę zwrotów będzie. ;)
Niecierpliwie odliczam czas do przerwy majowej... :D Zamierzam założyć nowe opowiadanie i nie wiem, kogo obsadzić w roli głównej. Kogoś z Resoviaków bym prosiła. Może Alek? :)

piątek, 19 kwietnia 2013

Rozdział 5

Wróciłeś z randki nad ranem, co mnie trochę zdziwiło. Z tego co pamiętam zwykle wracałeś około północy. To świadczyło o tym, że z nią się dogadujesz i może w końcu znalazłeś kogoś, kto charakterem jest podobny do Ciebie.
Czułam, że Jochen mnie przytula do siebie. Mój płytki sen powodował, że słyszałam to, co dzieje się w mieszkaniu. Czułam również Twoje kroki. Poczochrałeś moje włosy i zwróciłeś się do Niego.
- Możemy porozmawiać? - zapytałeś go.
- Chodź do kuchni - odpowiedział mój nocny towarzysz.
Otworzyłam oczy i zaczęłam nasłuchiwać Waszą rozmowę.
- Kochasz ją? - zapytałeś Go prosto z mostu.
- Kocham, jak nikogo innego - odpowiedział szybko. Łza poleciała mi po policzku. Zrozumiałam wtedy, że nie kłamał. Nie zapomniał. I żałuje tego, co się stało.
- Wiesz... ja z jednej strony jestem za tym, byście byli razem, bo ciągnie was do siebie. Ale z drugiej strony skrzywdziłeś ją. Nawet nie wiesz, jak cierpiała. Nie chcę, by tak było ponownie, rozumiesz? - wyjaśniłem.
- Nie popełnię takiego błędu. Po tym zrozumiałem, że to osoba, z którą chcę być przez resztę życia. Ciężko mi było bez jej uśmiechniętej twarzy w momentach mojego zwątpienia we własne siły. Nie dała mi się poddać. To za wielki skarb dla mnie - powiedział Jochen. To co mówił wydawało się mi się szczerze... i ten charakterystyczny błysk w oczach. Miał taki zawsze, gdy mówił o czymś ważnym. Więc on mnie naprawdę kocha.
- Cieszę się, w takim razie będę Wam kibicował. Jest dla mnie jak siostra, więc jeżeli ją skrzywdzisz, będziesz miał ze mną do czynienia - ostrzegłeś go. Następnie poklepałeś go przyjacielsko po plecach.
- Jochen, przyjdziesz tu? - zapytałam cicho.
- Tak? - położył się obok mnie.
- Czy to co mówiłeś Rafałowi to prawda? Nie kłamałeś, no nie? - zapytałam z nadzieją.
- Nie, nie kłamałem. W takich kwestiach nigdy nie kłamię. Kocham Cię - powiedział i mocno mnie przytulił - A ty?
- Ja... ja też - rozkleiłam się. Przez to, że powiedziałam coś, co od dłuższego czasu we mnie siedziało.
- Wróć do mnie. Chcę znów mieć Ciebie blisko - cmoknął mnie w czoło.
- Tylko pomóż mi zapomnieć o przykrej przyszłości - odrzekłam wsłuchując się w jego rytmiczne bicie serca.
- Zrobię wszystko - musnął moje wargi.
- Uuuu, gołąbeczki. Wiedziałem, że nie wytrzymacie długo bez siebie - zacząłeś się śmiać.
- Bardzo śmieszne, braciszku - wyszczerzyłam się.
Nagle zadzwonił telefon. To co usłyszałam, przyprawiło mnie o palpitacje serca.
- Chłopaki, pojedziecie ze mną do szpitala? - zapytałam z niepokojem.
- Co się stało? - zawołaliście równocześnie.
- Stan mojej mamy gwałtownie się pogorszył. Rak kości postępuje, zabrali ją do szpitala. Ona nie może umrzeć, nie może! - załamałam się. Nie wyobrażałam sobie tego, że mogłoby nie być mojej mamy. Osoby, która była silniejsza psychicznie ode mnie. Ona potrafiła się podnieść po tym, co zrobił mój pseudo-ojciec. Ja do tej pory nie potrafiłam.
- Jedziemy! - zgodnie stwierdziliście. Ledwo podałam adres szpitala, w którym leżała.
Obwiniałam się za to wszystko. Nie dzwoniła, ale powinnam to zrobić ja. Moja mama bardzo cierpiała, a ja nic o tym nie wiedziałam. Czułam się jak wyrodna córka. Zrobiła dla mnie tak wiele - ja nie zrobiłam dla niej nic.
Próbowaliście mi wbić do głowy, że to nie moja wina, że taki los. Ale ja czułam, że mogłam wziąć sprawy we własne ręce. Zachowałam się jak mięczak.
Z ciężkim sercem patrzyłam również na Twoją bladą i przerażoną twarz. Była to Twoja "przyszywana" ciocia, którą kochałeś na równi z własną matką. Zawsze mówiłeś, że to jedna z ważniejszych osób w Twoim życiu. Jochen również był mocno zdenerwowany, ale chyba on jako jedyny tego bardzo otwarcie nie pokazywał.
- Cholera, co ta droga tak się dłuży - krzyknęłam pełna złości. Jochen wtedy odwrócił się i ścisnął moją dłoń, jakby na znak tego, że jest ze mną.
Po kilkunastu minutach dotarliśmy do szpitala. Szybko zapytaliśmy o salę, w której leżała moja mama.
Wpadliśmy tam jak rakiety.
- Panie doktorze, co się dzieje z moją mamą? - zapytałam.
- Niestety, kości są coraz słabsze. Przykro mi, ale prawdopodobnie zostało pani mamie od kilku dni do kilku tygodni życia - powiedział z przykrą miną lekarz.
Pamiętasz, zaczęliśmy wtedy równocześnie płakać.
_________________________________________________________________________________
Wiosna nadeszła "z przytupem" - z czego się cieszę. :D
Aż do szkoły nie chcę się chodzić.

wtorek, 2 kwietnia 2013

Rozdział 4

Następnego dnia wstałam z bolącym gardłem i gorącą głową - najprawdopodobniej miałam gorączkę. Ty już natomiast przyszedłeś z kubkiem gorącego Fervexu.
- Całą noc kaszlałaś, poza tym kiepsko wyglądasz. Chora jesteś - podsumowałeś mój stan zdrowia.
- E tam, dobrze się czuję - gorzko pożałowałam tych słów. Upadłam na poduszkę, nie mogąc się podnieść. Kości mnie mocno bolały.
- Właśnie widzę, jak dobrze się czujesz - mruknąłeś - Pij, a ja dzwonię do klubu, że dziś Cię nie będzie.
- Ej, ja idę do pracy... Au, moja głowa! - pożałowałam po raz kolejny.
- Pójdziesz, ale do lekarza - powiedziałeś zdecydowanie i nie dałeś mi nawet dojść do głosu.
- Tia, o ile się ruszę - mruknęłam z sarkazmem.
Poszedłeś do kuchni zadzwonić. Prawdopodobnie do dwóch osób. Nie pomyliłam się.
- Trener życzy ci szybkiego powrotu do zdrowia, a do lekarza pojedzie z tobą Jochen. Ma lekką kontuzję, więc i dużo czasu - wyszczerzyłeś się.
- Tak, lepiej być nie może - powiedziałam wtedy z ironią.
- Co, nie cieszysz się? Przynajmniej się z nim zobaczysz - powiedziałeś pakując rzeczy na trening.
- Widzisz, prawie skaczę z radości - mistrzyni sarkazmu to ja - Miło z jego strony, naprawdę, tylko mam wrażenie, że ty chcesz nas zeswatać - nie umiałam zachować powagi i zaśmiałam się.
- Czasem za dużo myślisz - uśmiechnąłeś się tajemniczo - Lecę na trening, pa. Tylko masz się grzać pod kołdrą i nie wychodzić poza obręb bloku - cmoknąłeś mnie w policzek.
Ledwie poszłam do łazienki ogarnąć się na wizytę. Perspektywa czekania kilka godzin pod gabinetem wcale mnie nie pocieszała. Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Był to Jochen.
- Szybki jesteś - powitałam go uśmiechem.
- Rafał nie kłamał. Rzeczywiście fatalnie wyglądasz - zaśmiał się Schops.
- Bardzo śmieszne - mruknęłam i dla żartu zrobiłam tzw. focha.
- Dla mnie i tak jesteś piękna - cmoknął mnie w czoło.
- Lizus - wytknęłam język - Poza tym nie przesadzaj z tymi czułościami, bo się ode mnie zarazisz.
- To co - wzruszył ramionami - Przynajmniej więcej czasu wolnego po wyleczeniu kontuzji.
- Ty masz grać, a nie - powiedziałam zakładając buty - Możemy wychodzić.
Starannie zamknęłam drzwi i poszliśmy do samochodu. Mimo, że był to październik, pogoda nie zachwycała.
- Brrr, straszna pogoda - powiedziałam.
- Właśnie dzięki niej teraz jesteś chora - odrzekł Jochen.
- Tak, a powinnam być teraz w pracy - mruknęłam.
- Objawy pracoholizmu - stwierdził Niemiec.
- Przestań, pracuję niespełna tydzień - zaczęłam się śmiać.
- Dobra, dobra, ja wiem swoje - powiedział.
Po jakiś piętnastu minutach dojechaliśmy do poradni. Nie czekaliśmy jakoś bardzo długo, bo pół godziny. Diagnoza zgadzała się z moimi przypuszczeniami - była to angina. Tydzień pracy mam z głowy.
- Głodna jestem. Pojedziemy do McDonalda? Mam ochotę na dużego hamburgera - zaczęłam.
- O nie, pojedziemy do baru sałatkowego. Potrzebujesz dużo witamin - uśmiechnął się Jochen.
- Grr, zabije Buszka, jak Bozię kocham, pewnie to on Cię na to namówił - wyraziłam swoje niezadowolenie, co jednak najwyraźniej Schopsa nie obchodziło. Ciebie również by to nie obchodziło.
- Obaj uważamy, że witaminy postawią Cię na nogi, więc bez gadania - pocałował mnie w policzek.
Po jakimś czasie siedziałam w samochodzie pałaszując sałatkę. Oprócz tego wstąpiliśmy do apteki z receptą na leki i zrobiliśmy zakupy. Po półtorej godziny byliśmy w domu.
- Zostaniesz? - zapytałam Niemca, sama nie wiem czemu.
- A chcesz? - Jochen spytał z nadzieją.
- Chcę - przybliżyłam się do niego.
Wtedy straciłam nad sobą panowanie. Moje usta zaczęły się niebezpiecznie zbliżać do jego. On, najwyraźniej ośmielony, zaczął je muskać. W tym momencie uświadomiłam sobie to, że ponownie się poddałam. I że robię tak cały czas. Wszystko posunęłoby się dalej, gdybyśmy nie usłyszeli dźwięku otwieranych drzwi . Oderwaliśmy się od siebie.
- Hej kochani! - byłeś podejrzanie wesoły.
- Co ty taki radosny? - zapytałam.
- Umówiłem się z nią. Z Olą! - krzyknąłeś radośnie. Pobiegłeś do łazienki z koszulą i dżinsami w ręku - Łazienkę zajmuję na pół godziny - to i tak mało, biorąc pod uwagę to, ile ja siedzę.
- Czyli mamy mieszkanie dla siebie? - zapytał z nadzieją Jochen.
- No mamy, mamy - westchnęłam i przytuliłam się do niego. Chyba się zdecydowałam. Wracam do tego, co było
________________________________________________________________________________
Matmo, zgiń! Cztery jedynki i weź to wszystko popraw. Ale okej, trzeba do wszystkiego podejść ze spokojem. ;) Tylko dziwne jest to, że z innych przedmiotów jest dobrze, tylko matma kuleje.